Noc przyniosła nowe doznania… Jak już wspomniałam Adam jest już bogatszy o doświadczenia ze szlaku do Santiago z ubiegłego roku. Ostrzegał, że chrapanie jest trochę irytujące i może uniemożliwiać zaśnięcie przez całą noc. Zaczęło się już ok 18-tej🤣 a kiedy już i ja stwierdziłam ok 22, że pora iść spać to dochodziło już właściwie ze wszystkich możliwych stron🙈Włożyłam do uszu wyciszające słuchawki, dziękując w myślach mężowi za to, że doradził mi ich zakup przed wyjazdem na Camino. Całe szczęście udało mi się zasnąć bardzo szybko. Jednakże już po 4-tej nasi azjatyccy sąsiedzi z norki już się uaktywnili i tym bardziej słuchawki były niezbędne gdyż planowałam spać jeszcze co najmniej do 6:00. Wieczorem gdy oni już spali ja starałam się nie hałasować aby ich nie obudzić a rano niestety oni nie zrewanżowali się tym samym😡.
Rano od 6:00 z głośników w albergue popłynęły pieśni kościelne aby obudzić pielgrzymów ale to jeszcze nic, chwilę później po korytarzach chodził ksiądz grający na harmonijce. Byłam wtedy w toalecie i panie tam będące były bardzo rozbawione tym wydarzeniem😁
Na śniadanie udaliśmy się na godzinę 7:00. Całe szczęście był plasterek sera i plasterek szynki z całkiem dużą kromką chleba podgrzanego w tosterze, a nie tylko dżemik z masłem i wczorajsza bagietka🤣

Po śniadaniu zabraliśmy nasze plecaki z norki i wyruszyliśmy. Na zewnątrz było pochmurno i trochę wietrznie.









i tak szliśmy dalej w kierunku dzisiejszego celu czyli miasteczka Zubiri

przez rzeki… i przez pola



i przez lasy…

W lasach rosły bukszpanowe drzewa i ostrokrzewy


Po 5km wędrówki przyszedł czas na przerwę na kawę, soczek i drugie śniadanie. Hiszpańska ziemniaczana tortilla nie ma nic wspólnego z plackami tortilli, które kupujemy w Polsce. Z wyglądu przypomina trochę szarlotkę🤣 ale zawartością są kawałki ziemniaków.

W trakcie przerwy kawowej nareszcie zza chmur zaczęło wyglądać☀️
I wędrowaliśmy dalej…




i szliśmy dalej przez lasy i wąwozy…

Muszę przyznać, że od czasu jak wyszło ☀️ to przyjemnie się idzie przez te mroczne lasy😁
Przechodziliśmy też przez miasteczka




Wkroczyliśmy w strefę zdecydowanie mniejszych opadów deszczu. Wygląda na to, że nie zobaczymy już soczysto zielonej roślinności. Trawy i inne rośliny z płytkim systemem korzeniowym już dawno tutaj wyschły.






Ostatnie 4-5km dzisiejszej trasy było trudne ze względu na to, że my już byliśmy zmęczeni a podłoże pod naszymi stopami nie ułatwiało wędrówki.



Bardzo ciężko szło się po tych granitach i łupkach.
Dotarliśmy cali, aczkolwiek wymęczeni upałem i wyczerpującymi podejściami i zejściami.
Ulgę przyniosło dopiero brodzenie w zimnej rzece Arga w Zubiri.



Dzisiejszy odcinek Camino mierzył 22 kilometry. Mam nadzieję, że zregeneruję się choć trochę do rana bo z każdą chwilą czuję się coraz bardziej obolała, a jutro do pokonania kolejne 21 km do Pampeluny.